Myślisz, że oszczędzasz, kupując używany agregat prądotwórczy? Albo wynajmując go na lewo? To się jeszcze zdziwisz. Ja widziałem już wszystko – od złomu, który ledwo zipie, po „nowe” maszyny, które psują się po tygodniu. I wiesz co? To nie jest śmieszne. To jest k***a dramat.
Pułapka taniego sprzętu z drugiej ręki
Używany agregat? Proszę bardzo. Ale pamiętaj – to nie jest okazja, to jest mina. Kupiłeś kiedyś takiego trupa, co ledwo dycha? Ja tak. I co? Po miesiącu stoi, bo pompa wody się zatarła, bo alternator spalony, bo… mógłbym wymieniać do rana. A naprawa? Droższa niż nowy sprzęt. I jeszcze musisz czekać, aż serwis łaskawie przyjedzie. A termin goni, inwestor dzwoni, a ty masz w dupie, bo nie masz prądu.
Wynajem? To jak gra w rosyjską ruletkę
Wynajem wydaje się bezpieczny, co nie? Ale tylko do momentu, gdy agregat padnie w środku nocy, na odludziu, a wynajmujący ma cię w dupie. Bo „to nie nasz problem, to wasz sprzęt”. A ty zostajesz z ręką w nocniku, bo nie masz zapasowego. I płacisz kary za opóźnienia, bo przecież nikt nie uwierzy, że „wynajęty sprzęt się zepsuł”.
Nowy sprzęt? To nie jest inwestycja, to jest przekleństwo
Nowy agregat? Marzenie ściętej głowy. Cena z kosmosu, a serwis jeszcze droższy. I co z tego, że ma gwarancję, jak i tak musisz czekać tygodniami na części. A w międzyczasie stoisz i patrzysz, jak budowa się wali. I jeszcze ten cholerny podatek od luksusu – nowy sprzęt to nie jest potrzeba, to jest fanaberia.
Podsumowanie? Nie ma podsumowania. Jest tylko rzeczywistość. Wybieraj mądrze, albo będziesz przeklinać dzień, w którym wszedłeś w tę branżę.